O piłce nożnej, o Widzewie, o ŁKS, o łódzkim sporcie, o sporcie w ogóle... Często złośliwie i z ironią
RSS
sobota, 02 lipca 2016

Polska na Euro 2016 THANASSIS STAVRAKIS/AP

„Powrót bohaterów” - w ten sposób żółty pasek w TVN24 oznajmiał powrót naszej reprezentacji z mistrzostw Europy w piłce nożnej. Drużyna trenera Adama Nawałki zakończyła turniej na ćwierćfinale. Odpadła po karnych z Portugalią. Słowo „bohaterowie” odmieniane przez wszystkie przypadki zalało zresztą internet - pełno go w portalach i w mediach społecznościowych. Chyba ostatni raz podobną euforię wywołał złoty medal mistrzostw świata naszych siatkarzy.

Tyle tylko, że piłkarze w przeciwieństwie do nich, nic nie wygrali. Owszem, awans do ćwierćfinału to największy sukces polskiej reprezentacji w historii mistrzostw Europy, ale nie ma nic wspólnego z czynem bohaterskim. Dlaczego więc tak wiele osób nazywa Polaków bohaterami? Momentami grali naprawdę ładnie i zawsze walecznie. No i prawdą jest, że nikomu nie dali się ograć w normalnym czasie gry, nawet mistrzom świata Niemcom. To spore osiągnięcia. Także to, że po raz pierwszy na Euro reprezentacja wyszła z grupy, a potem jeszcze przeszła jednego rywala. Wciąż mamy w pamięci poprzednie mistrzostwa, te u nas, które drużyna Franciszka Smudy spartoliła, i te wcześniejsze w Austrii i Szwajcarii, które też zawaliliśmy. Mamy też w pamięci nasze ostatnie mundiale, zespoły Jerzego Engela i Pawła Janasa, mecze ostatniej szansy i mecze o honor. Rzeczywiście przy tych turniejach, Euro we Francji, to sukces, ale... Stać nas było na jeszcze więcej, na ogranie Portugalczyków. Kto wie, może nawet na finał. To byłby sukces godny nazywania piłkarzy bohaterami.

Dziś nasza narodowa euforia wynika raczej z faktu, że po raz pierwszy od lat na dużej imprezie nie daliśmy plamy, nie skompromitowaliśmy się, nie zawaliliśmy na całej linii. Dla tego pokolenia, wychowanego na klęskach, to dużo.

I piłkarze zdają się to wiedzieć. Na lotnisku w Warszawie, gdzie witały ich tłumy, nie wyglądali na bohaterów. Zresztą oddajmy im głos. - Turniej był dość udany, ale bez przesady, gdzie tu powód do euforii? Granicę sukcesu wyznaczał mecz z Portugalią. Gdybyśmy go wygrali i awansowali do półfinału, stałoby się coś wyjątkowego. Ćwierćfinał jest po prostu dobrym wynikiem - to słowa Grzegorza Krychowiaka w rozmowie ze sport.pl. A Zbigniew Boniek? - Nie wmawiajmy sobie, że odnieśliśmy aż taki sukces. Nie musimy się w ten sposób dowartościowywać. Ważne, że wreszcie pasowaliśmy do turnieju, nie przerósł nas pod żadnym względem. (...) Po 30 latach znów przylecieliśmy na imprezę mistrzowską nie jako turyści, ale jako jej normalni, poważni uczestnicy. A nawet mocno zaznaczyliśmy swoją obecność. Uważam, że nie mamy czego fetować, ale możemy czuć zadowolenie z występu. Nawet jeśli czujemy niedosyt. Bo czujemy. I to duży, Portugalia była w zasięgu - mówi Boniek (też dla sport.pl), a on jak mało kto, tak celnie ocenia piłkarską rzeczywistość. Czy to słowa bohaterów, zwycięzców?

Jest jeszcze coś. Żadnego rywala nie pokonaliśmy pewnie, bezdyskusyjnie. Od Irlandii Północnej byliśmy zdecydowanie lepsi, ale od remisu ratował nas Wojciech Szczęsny. Niemcy? Nie macie wrażenia, żeby gdyby był to mecz o awans, to zagraliby inaczej? Ukraińcy sytuacji bramkowych mieli więcej od nas. Szwajcaria? Cud i parady Łukasza Fabiańskiego dociągnęły nas do karnych. Broń Boże nie odbieram naszym piłkarzom zasług przy ich wygranych, dziękuję też za emocje i radość z wygranych, jaką nam dali, ale granica między sukcesem, a klapą była zbyt cienka, by dziś świętować.

Nie nazywajmy ich bohaterami przede wszystkim ze względu na nich, poczekajmy aż osiągną z kadrą prawdziwy sukces. Krychowiak, Lewandowski, Piszczek i inni. Oni mają cieszyć się z ćwierćfinału? Już jakiś czas temu weszli na poziom, na którym walczy się o zwycięstwa w finałach. I stać ich na to także z reprezentacją.

środa, 30 września 2015

Widzew Łódź

Zapraszam na transmisję wideo z meczu Widzewa ze Stalą Głowno. Obejrzycie ją - całkowicie za darmo - tutaj.



niedziela, 20 września 2015

Widzew Łódź

Zapraszam na transmisję wideo z hitu 9. kolejki grupy łódzkiej czwartej ligi: Widzew Łódź - PGE GKS II Bełchatów. Transmisja jest całkowicie darmowa. Znajdziecie ją na stronie lodz.wyborcza.pl.

Zapraszam serdecznie. I dajcie znać znajomym.



środa, 02 września 2015

Widzew Łódź/fot. Małgorzata Kujawka

Pewnie większość z was już wie, że dziś, tj. w środę 2 września, będziemy transmitować na żywo mecz Widzewa z Astorią Szczerców. Nie chodzi oczywiście o relację tekstową, czy radiową. To będzie relacja wideo - pierwsza nasza taka, więc trzymajcie kciuki.

przede wszystkim oglądajcie i polecajcie znajomym. Oczywiście relacja jest zupełnie za darmo.

Transmisję na lodz.wyborcza.pl znajdziecie tutaj.



sobota, 15 sierpnia 2015

Prezentacja Widzewa

Czasem trzeba upaść na samo dno, by mieć się od czego odbić - takie motto przyświeca ludziom, którzy kilka tygodni temu zabrali się za odbudowę Widzewa. Spółka Sylwestra Cacka, która przez ostatnie osiem lat zarządzała klubem, wciąż istnieje, ale tak naprawdę tylko w teorii. Już nie wstanie z kolan. Na dno ściąga ją nie tylko ciężar wielomilionowych długów, ale też - a może przede wszystkim - zniszczony wizerunek.

Przez działalność Cacka i jego współpracowników, klub, który dzięki legendarnym meczom w europejskich pucharach, uzbierał tysiące kibiców w całej Polsce, od lat kojarzy się już tylko źle - pod względem sportowym, organizacyjnym, wizerunkowym. Pod niemal każdym. Cacek i jego ludzie herb Widzewa podeptali setki razy. Swoją drogą, gdy ktoś pomaże pomnik, albo zniszczy zabytkową kamienicę, odpowiada za to przed sądem, a gdy ktoś obróci w gruzy jedną z ikon miasta, nie tylko nie ma z tego powodu kłopotów, ale dalej śmieje się wszystkim w twarz.Ale to już przeszłość. Reaktywację Tradycji Sportowych Widzew Łódź uznali kibice, najlepsi piłkarze w historii klubu na czele ze Zbigniewem Bońkiem, władze Łodzi, władze ŁZPN i PZPN. Nowe życie już trwa.

Drużynę budowano w trybie ekspresowym. Głównym budowniczym miał być zakochany po uszy w Widzewie trener Przemysław Cecherz, ale nie udało mu się rozwiązać kontraktu w klubie z Poronina. Może przyjdzie zimą, może dopiero kolejnego lata. Na razie szefem drużyny został Witold Obarek, w niższych ligach w województwie łódzkim trener legenda. Nie jest mistrzem elegancji, jak choćby Michał Probierz, nie rzuca bon motów, jak Czesław Michniewicz, nie jest też typem taktyka-analityka, jak Wojciech Stawowy. Obarek to jednak trener z krwi i kości. - Mój pomysł na Widzew? Prosty! Piłkarze mają zapier...! To jest Widzew, a nie jakiś zwykły klub. Ani ja, ani żaden z piłkarzy nie ma nawet prawa pomyśleć, że może się nam nie udać. Nawet pomyśleć! - wypalił w wywiadzie dla "Wyborczej", pierwszym, jakim udzielił po nominacji.

Na sparingach zachowywał się, tak jak przewidywano - gotował się szybciej niż woda w czajniku. Biegał i krzyczał po linii bocznej, już po pięciu minutach jego głos przypominał głos Balcerka z serialu "Alternatywy 4". Piłkarzy ochrzaniał zdrowo, ale gdy schodzili z murawy głaskał po włosach i całował jak Lato Szarmacha po golu strzelonym Włochom. I ci stoją za nim murem.

Zespół - na pierwszy rzut oka - Widzew ma naprawdę niezły, zwłaszcza nazwiska Vladimir Bednar, Adrian Budka i Princewill Okachi, robią wrażenie na tym poziomie rozgrywek. Obarek przekonuje, że na jego drużynę nie będzie mocnych, ale oczywiście boisko wszystko zweryfikuje.

Ligę ten nowy Widzew zacznie w sobotę w Pajęcznie, gdzie zagra z Zawiszą (godz. 17), później pojedzie do Zelowa, Rzgowa, Kleszczowa, Szczercowa... To będzie prawdziwy rajd dookoła województwa. Ruszyć dalej - w Polskę, Widzew ma już za rok, bo celem drużyny jest oczywiście awans do trzeciej ligi. A potem co roku o ligę wyżej, bez potknięć. Nowym szefom klubu marzy się skok niczym Felix Baumgartner, tyle, że w drugą stronę. Na razie jednak trzeba zejść na ziemię. I na początek wygrać w Pajęcznie. 

piątek, 14 sierpnia 2015

Witold Obarek

Witold Obarek

Absolutny fenomen! Jeszcze nie wygrał jednego meczu, ba - on jeszcze żadnego o stawkę nawet nie rozegrał - a już jest ulubieńcem kibiców Widzewa. Choć określenie „ulubieniec” chyba jednak nie do końca pasuje. „Idol” - to brzmi lepiej i bardziej oddaje stosunek fanów łódzkiego klubu do Witolda Obarka.

„Panie Witku, Pan jesteś super facet”, „Panie Witku, walka musi być! To jest Widzew! Panu się uda!”. Tylu komplementów, ile Obarek usłyszał podczas czwartkowej wieczornej prezentacji nowego Widzewa, zapewne nie usłyszał nigdy w życiu. Pewnie nigdy też nie pozował do tylu zdjęć, ile zrobiono mu w czwartek”. - Panie Witku, na własnym ślubie Pan tyle zdjęć nie miał - zagadnąłem do niego między jego 458., a 459. fotografią. „Przecież ja stary kawaler. Żadna, by ze mną nie wytrzymała” - odpowiedział w swoim stylu.

Te wszystkie zdjęcia, pochwały, poklepywania i słowa wsparcia, na 100 proc. zrobiły na nim wielkie wrażenie. Gdy podczas prezentacji prowadzący ją Marcin Tarociński wywołał Obarka na scenę, zerwała się burza oklasków, a kibice zaczęli skandować jego imię i nazwisko. Ten z niedowierzaniem kręcił głową i głęboko oddychał. „Coś niesamowitego” - wykrztusił potem już obok sceny.

Witold Obarek



Skąd ten fenomen Obarka? Z pewnością ma to związek z upadkiem Widzewa Sylwestra Cacka, którego wszyscy mieli już serdecznie dosyć, i z powstaniem nowego stowarzyszenia, co dało wszystkim pozytywnego kopa. Nowa drużyna, nowy trener, nowe nadzieje.

Z całą pewnością ogromną rolę odgrywa też naturalność i swojskość Obarka. To swój chłop, człowiek z ludu, a takich lud lubi.

Do tego nowy trener mówi dokładnie to, co każdy kibic Widzewa chciałby teraz usłyszeć - drużyna ma biegać i walczyć do upadłego, ma mieć charakter, tak nierozłącznie związany przecież z tym klubem. I pięknie brzmią te proste słowa, tym bardziej po tyradach poprzednika Wojciecha Stawowego o taktyce i długim utrzymywaniu się przy piłce. Swoją drogą, pamiętacie (na pewno pamiętacie) drużynę Stawowego, tiki takę, mecze bez nawet niecelnego strzału, gdy trzeba było walczyć o życie? Ciekawe, czy ten zespół zostałby w pierwszej lidze, gdyby zamiast wykształconego Stawowego prowadził go Obarek, który nie ma nawet trenerskiej licencji? Wyobraźcie sobie, jak Obarek reagowałby na grę Roka Strausa, Edgara Bernhardta czy Mariusza Rybickiego?

54-letni Obarek, trener legenda w niższych ligach województwa łódzkiego, przeżywa właśnie sportową przygodę życia, bo sam podkreśla, że praca w Widzewie to coś wielkiego. I oby za kilka lat, przypominając sobie piękne chwile w łódzkim klubie, przypominał sobie nie tylko przedsezonową euforię i piękne przyjęcie w Widzewie, ale też wygrane mecze i awans do trzeciej ligi. Bo w jednym Obarek nie będzie się różnił od Stawowego, Nawałki, a nawet Guardioli, Ancelottiego i Mourinho i każdego innego trenera na świecie - by pozostać kochanym, musi mieć wyniki. Jak każdego innego trenera, Obarka kibice będą rozliczać właśnie z nich. Gdy będą złe, miłość do trenera będzie słabnąć, a gdy się nie uda osiągnąć celu, zapewne wygaśnie.

PS. Też mam selfie z trenerem Obarkiem, w ogóle moje pierwsze w życiu. W momencie, gdy naciskałem migawkę, trener odwrócił się w kierunku grupy kibiców, by mnie pochwalić. Powiedział, że jestem dobry redaktor. Jak go nie lubić?

Witold Obarek i ja



piątek, 13 marca 2015

Widzew Łódź. Jesień 2014

Był taki odcinek kultowego serialu „Cudowne lata”. Głównemu bohaterowi – Kevinowi Arnoldowi – zamarzyło się, by zostać gwiazdą sportu. Do futbolu amerykańskiego się jednak nie nadawał. Szybko go wylali. Przypadkiem trafił na trening drużyny piłkarskiej. Gdy po raz pierwszy zobaczył zespół, w którym miał grać, jego zawodników, stwierdził, że „od czasu lekcji tańca w czwartej klasie, nie widział równie żałosnego widoku. Banda łamagów grająca na wydeptanym trawniczku przed domem babuni”. I była to prawda. Gorszą drużynę trudno sobie wyobrazić. Zespół Kevina już do przerwy pierwszego meczu przegrywał 0:11. W drugiej połowie udało mu się w końcu trafić do bramki, tyle... że do swojej.

Przypomina wam to coś? Jak ulał pasuje do Widzewa z jesieni. Jedenaście porażek w osiemnastu meczach. Tylko jedno zwycięstwo. Ostatnie miejsce w tabeli i aż 13 punktów straty do miejsca dającego utrzymanie w pierwszej lidze. Niemal każdy mecz był żałosnym widokiem dla kibicowskich oczu, obrazem wstydu i żenady. Nic tylko pić z rozpaczy.

Drużyna Kevina nie miała też szczęścia do trenera. Prowadził ją znudzony i zupełnie niezainteresowany nią Ojczulek McIntyre. Widzew trafił jeszcze gorzej. Włodzimierz Tylak, który dowodził nim w siedmiu meczach, jeszcze nie był – jak się później okazało – taki zły, bo przynajmniej nie dał się lać jak wiejska dziewucha w śmigus dyngus. Jeden mecz wygrał, sześć zremisował. Jego następca – chroń Widzew, Panie, przed nim na zawsze – Rafał Pawlak, przegrał dziesięć kolejnych meczów. Dopiero, gdy już było wiadomo, że zostanie zwolniony, urwał punkt w meczu z GKS Katowice. „Objęliśmy prowadzenie i może to sparaliżowało drużynę” – to jeden z jesiennych cytatów z Pawlaka. „Spełnił swoje zadanie” – to już inny, o Dimitriju Injacu, którego Pawlak wystawił w środku obrony, a ten jeszcze przed przerwą zawalił dwa gole.

Ale to już na szczęście za nami, chociaż zapomnieć o tym wszystkim będzie naprawdę bardzo trudno. Teraz Widzew ma w końcu trenera z prawdziwego zdarzenia i – trzeba w to wierzyć – także drużynę, której nie trzeba się będzie wstydzić. Zadanie mają arcytrudne, bo odrobienie 13 punktów wydaje się dziś mission impossible.

Stawowy jednak w utrzymanie wierzy, piłkarze powtarzają za nim, że to cel jak najbardziej do zrealizowania. Widzewscy działacze chcą się wręcz zakładać o dobre wino, że jesienny dramat zakończy się wiosennym happy endem. Jeśli rzeczywiście się uda, to chyba trzeba będzie tę historię przenieść na wielki ekran i wysłać do Hollywood na Oscary. „Z piekła do nieba” – to byłby dobry tytuł.

Trenerowi, piłkarzom i działaczom nie wypada nie wierzyć w sukces. Ale chyba lepiej jednak twardo stąpać po ziemi. Widzew ma nowego trenera, nową drużynę i zupełnie nowy styl gry. Słynna tiki-taka po polsku Stawowego musi zacząć działać właściwie od pierwszego meczu, już od soboty. Potem nie może się też zaciąć, bo łódzka drużyna musi wygrywać mecz za meczem. Tak jak seryjnie przegrywała, tak teraz musi seryjnie zwyciężać. Jak w to uwierzyć?
Tym bardziej że w poprzednich klubach Stawowemu nie wyszło, chociaż czasu i możliwości miał więcej, niż w Widzewie. A piłkarze? Kosuke Kimura, Tomasz Lisowski, Rok Straus, Edgar Bernhardt, Matko Perdijić, Tsubasa Nishi, Julien Tadrowski, Szymon Zgarda, Bartosz Brodziński – ich nazwiska nie brzmią źle, ale... Nie wypada odmawiać im talentu, ale warto spytać – dlaczego niemal wszyscy, powyżej trzeciej ligi, nigdzie się jesienią nie wyróżniali? O ile grali w ogóle, bo i z tym bywało różnie.

Pozostaje jeszcze kwestia boiska, bo przecież Widzew musiał się wyprowadzić z al. Piłsudskiego i jego domem wiosną będzie stadion, a raczej stadionik, w Byczynie. Zresztą być może jednak będą grać w Chorzowie. Do końca wciąż nie można być tego pewnym. Do tego łodzianie pewnie będą raz grać na sztucznej murawie, a za chwilę na murawie naturalnej. Tutaj też trudno szukać atutów łodzian.

Zamieszanie z pierwszym meczem, czyli odwołanie inauguracji z Sandecją Nowy Sącz z powodu zawieszenia licencji i najpewniej strata trzech punktów bez wyjścia na boisko, to też z pewnością nie jest pozytyw. Więc jak to wszystko ma się udać?

Ktoś Widzewowi pomoże? „Z małą pomocą przyjaciół przeżyję. Z małą pomocą przyjaciół będę piął się w górę. Z małą pomocą przyjaciół będę próbował...”, śpiewał w czołówce „Cudownych lat” Joe Cocker. Ale Widzew może liczyć tylko na siebie. Nikt i nic mu nie pomoże. Utrzymanie w pierwszej lidze naprawdę będzie cudem, dlatego lepiej nie oczekiwać za wiele. Może poza jednym... Jeśli widzewiacy mają z tej ligi spaść – trudno, to tylko sport – to niech chociaż spadną z honorem, jak mężczyźni. A nie jak „banda łamagów grająca na wydeptanym trawniczku przed domem babuni”. Po tym co oglądaliśmy jesienią, to już byłoby coś.

środa, 11 marca 2015

Stadion w Byczynie/fot. Tomasz Stańczak

Wciąż nie wiadomo, gdzie wiosną Widzew będzie rozgrywał swoje mecze w roli gospodarza. Chociaż chyba bardziej trafne jest stwierdzenie - czy w ogóle będzie je rozgrywał. Przyjmijmy, że jednak jakimś cudem się uda. W roli cudotwórcy wystąpić musi oczywiście Piotr Sęczkowski, bez wątpienia człowiek miesiąca.

Jeśli policja wyda w końcu obiektowi w Byczynie pozytywną opinię, a burmistrz Poddębic wyda zgodę na organizowanie na nim przez Widzew imprez masowych w rundzie wiosennej, to łódzki klub - przynajmniej do czerwca, - pewnie będzie uratowany. Piszę „przynajmniej do czerwca”, bo - jak relacjonuje Edward Potok, prezes ŁZPN - na kolejne rozgrywki Sylwester Cacek nie ma już pieniędzy. Przy okazji przypominam, że do końca marca trzeba złożyć dokumenty potrzebne do uzyskania licencji na kolejne rozgrywki. Wśród nich umowę na wynajęcie stadionu.

Ale wróćmy do tematu. Przyjmijmy, że Widzew uzyska w czwartek zgodę na rozgrywanie meczów w Byczynie. Także w czwartek do Chorzowa jechać ma Sylwester Cacek, by rozmawiać z władzami miasta o wynajęciu stadionu przy ul. Cichej. Te są chętne, Widzew do siebie zapraszają. Ale na dwóch obiektach drużyna trenera Wojciecha Stawowego grać przecież nie będzie.

Co wybierze Widzew mając do wyboru Byczynę lub Chorzów? Ja obstawiam, że wybiorą Byczynę. Za nią przemawia fakt, że za jeden mecz w Chorzowie trzeba zapłacić 60 tys. zł. Za Chorzowem to, że za każdy mecz w Byczynie Widzewowi ma być odbierany punkt na starcie kolejnego sezonu. Tyle tylko, że ujemne punkty wciąż nie są przesądzone. Zresztą w przeszłości wiele razy cofano tego typu kary. Napisze się odwołanie, pogada z kim trzeba... Ujemnych trzech punktów, bez względu gdzie by teraz Widzew nie grał, bo i taką karę zasądziła Komisja Licencyjna, pewnie już się nie uniknie, ale te dodatkowe są pewnie do zbicia.

Poza tym, kto by myślał teraz o czymś, co będzie w przyszłości. A kasę za Chorzów wyłożyć trzeba już teraz. „Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy” - pomyślą w Widzewie. „Nie ma sensu martwić się o błahostki, w obliczu spraw ważnych”. Tym bardziej, że tej kasy nie ma. To Chorzów jest opcją zastępczą dla Byczyny, a nie na odwrót, jak się niektórym zdaje.

Kibicom, którzy już planują wyjazdy na Śląsk i wspólny doping z braćmi po szalu z Ruchu, radzę jeszcze nie snuć planów i nie szykować prowiantu na drogę. Na drogę do Byczyny wystarczą ze dwa piwa. O ile w ogóle was na mecz Widzewa wpuszczą, bo od powrotu drużyny ze zgrupowania w Turcji wpuścili ledwie na jeden z sześciu sparingów.

piątek, 17 października 2014

Sylwester Cacek

Już nawet słynący z propagandy i kolorowania czarnej rzeczywistości widzewscy działacze chyba dali sobie spokój i już nie próbują wciskać nam kitu, że sytuacja drużyny nie jest taka zła, na jaką wygląda. To znaczy, jeszcze ze dwie kolejki temu najważniejszy z nich, czyli Sylwester Cacek, próbował to robić, m.in. liczył punkty straty do miejsca premiowanego awansem do ekstraklasy i przekonywał, że ten zespół wciąż stać na powrót do elity, ale ostatnio zamilkł i on.

Sylwester Cacek i jego współpracownicy muszą wiedzieć, że jest źle. Inaczej nie próbowaliby nic zmieniać, a od jakiegoś czasu właśnie to robią. Najpierw, po spadku z ekstraklasy, wymienili ponad pół drużyny i trenera. Nie były to zmiany na lepsze. Potwierdza to m.in. miejsce w pierwszoligowej tabeli, ale pamiętamy też styl drużyny Włodzimierza Tylaka i widzimy, w jakim stanie fizycznym zostawił po sobie piłkarzy.

Zanim Tylak zadebiutował latem w lidze na trenerskiej ławce Widzewa, zmiany zaszły też na szczytach władzy w klubie. Sylwester Cacek mianował się jego prezesem, chociaż ludzie głupi nie są, doskonale wiedzą, że wcześniej też rządził.

Z zarządu wyszli Michał Kulesza i Paweł Młynarczyk, tyle że w klubie pozostali. Do tego zajmują się właściwie tym samym, czym zajmowali się wcześniej. Nawet wygoniony najpierw z klubu dyrektor sportowy Michał Wlaźlik, który chyba w największym stopniu odpowiada za spadek drużyny, bo przecież kierował pionem sportowym, za chwilę do niego wrócił.
O dziwo „reformy” nie pomogły, więc wprowadzono kolejne. Na początku października Rafał Pawlak, który dotychczas był skautem, osobą odpowiedzialną za rozpracowywanie rywali i coś jakby trenerem pomocniczym, a jeszcze wcześniej prowadził zespół samodzielnie i też przyczynił się do spadku, został ponownie mianowany trenerem pierwszej drużyny. Tylaka odsunięto.

Jest też nowy kierownik drużyny. To znaczy nie do końca nowy, bo został nim Cezary Świątczak, który do tej pory był dyrektorem klubu. Świątczak od lata ma zresztą w Widzewie wiele do powiedzenia.

I to przemieszanie w kotle jednak nie pomogło, bo z „nowym” trenerem na ławce Widzew przegrał oba mecze, stylu gry nie poprawiając wcale. Oczywiście sam Pawlak może mieć inne zdanie. Niedawno próbował mnie przekonywać, że są tacy, którym podobała się gra Widzewa, gdy prowadził ją w poprzednim sezonie. Z dwunastu meczów przegrał wtedy dziewięć. Styl gry ówczesnego zespołu mnie nie podobał się ani trochę i z łatwością znajdę takich, którym też się nie podobało, ale wiadomo – o gustach się nie dyskutuje.

Skoro i te zmiany nie pomogły, to działacze i ich zaufani trenerzy szukają przyczyn fatalnej postawy drużyny dalej. Najpierw wskazali na kibiców, którzy widząc, co się dzieje, wyzywali niekompetentnego trenera i prezesa klubu przy okazji ponoć nakładając na drużynę presję. Szefowie Widzewa podnieśli ceny biletów i jeszcze postarali się, by ci, którzy je kupili, mieli trudności z wejściem na stadion. Trybuny więc opustoszały, ale – o dziwo – zespół też nie zaczął grać lepiej.

Przyczyn kryzysu sportowego, nienotowanego przy al. Piłsudskiego od lat, trzeba było więc szukać dalej. W poniedziałek szefowie Widzewa wyrzucili z drużyny dwóch piłkarzy: Dawida Kwieka i Mateusza Ławniczaka. Obu oficjalnie za obijanie się na treningach, a tego pierwszego dodatkowo za słabą grę w lidze. Niewykluczone, że będą następni. Pawlak tłumaczy, że ma to zmotywować pozostałych graczy do pracy, a co za tym idzie poprawić wyniki drużyny.

Moim zdaniem i to nie pomoże. Żeby naprawdę poprawić grę i wyniki, trzeba byłoby wyrzucić trenera i prawie wszystkich zawodników, bo prawie wszyscy się do Widzewa nie nadają. A to przecież niemożliwe, bo kto wtedy dokończyłby rundę? Przy okazji warto przypomnieć sobie, kto owych piłkarzy – w tym Kwieka, który nie sprawdził się w żadnym klubie, także już kiedyś w Widzewie – do drużyny ściągnął. I kto przekonywał przed sezonem, że zbudował drużynę, którą stać na awans do ekstraklasy.

I tutaj dochodzimy do sedna. Zamienianie się funkcjami nie pomoże, zamienianie trenera słabego na słabego – też nie. Nie pomoże też wyrzucanie pojedynczych słabych piłkarzy z drużyny i szukanie winnych na trybunach. Odpowiedzialnych za fatalną postawy drużyny działacze powinni poszukać w swoich gabinetach. Zapewniam, że właśnie tam ich znajdą.
Tak, to was trzeba zmienić panowie działacze. Owszem, talentu wam nie brakuje, tyle że do burzenia i niszczenia, a problem polega na tym, że w Widzewie trzeba drużynę zbudować. Dopóki za jej odbudowę nie weźmie się ktoś kompetentny, ktoś kto zatrudni trenera z prawdziwego zdarzenia i sprowadzi wartościowych piłkarzy, nic się nie zmieni. I z pewnością nie chodzi o Andrzeja Grajewskiego.

Oczywiście trudno się spodziewać, że działacze Widzewa dobrowolnie odejdą z klubu i w ten sposób Widzewowi pomogą. Pewnie dobrze wiedzą, że nikt, nie licząc Sylwestra Cacka, ich u siebie nie zatrudni. 

czwartek, 18 września 2014

Grzegorz Bakalarczyk

Kibice drużyny z al. Piłsudskiego domagają się od trenera Włodzimierza Tylaka odejścia. Trudno się dziwić. Każdego trenera powinny bronić wyniki, a Tylaka nie bronią. Widzew jest na 15. miejscu, nad ostatnią Bytovią ma tylko punkt przewagi.

Wyniki to zresztą jedno. Jest jeszcze styl, a ten jest jeszcze gorszy od wyników. Widzew Tylaka nie ma żadnego pomysłu na grę, piłkarze są źle ustawieni na boisku, do tego nie mają sił. Punkty oddają rywalom bez walki.

Oczywiście naganna jest forma niektórych protestów kibiców. Wyzwiska i groźby pod adresem trenera nie powinny mieć miejsca. To zwykłe chamstwo. Ale Tylak powinien wiedzieć, co może go spotkać, kiedy decydował się na pracę w Widzewie. Pisałem wtedy m.in. „Szybciej niż się panu wydaje, pożałuje pan tego Widzewa i zrozumie, że uczenie dzieci kopania piłki to dla pana o wiele lepsze zajęcie. A już na pewno będzie pan sobie wyrzucał, że był tak naiwny, wierząc, że trenerską karierę można zacząć po sześćdziesiątce”.

Przewidziałem to, przewidzieli to kibice, a nie przewidział Tylak? On wolał powtarzać bajeczki o sile drużyny i o walce o ekstraklasę. Albo się pomylił w ocenie siły drużyny, co go dyskwalifikuje, albo na polecenie mocodawców wciskał nam kit, co dyskwalifikuje go jeszcze bardziej. Już za to powinien odejść.

Gdy to piszę, Tylak wciąż jest na stanowisku, a Sylwester Cacek nie zamierza go zwalniać. Giełda nazwisk i tak już ruszyła. Wybór nie jest duży, bo raz, że klub nie ma pieniędzy dla trenera z topu, dwa, że chętnych do pracy przy al. Piłsudskiego nie ma wielu. Ktoś, kto decyduje się na pracę w Widzewie, musi się liczyć z brakiem niezależności. I właśnie dlatego nowym szkoleniowcem Widzewa może, i powinna, być tylko jedna osoba – Grzegorz Bakalarczyk. Były trener, nieformalny dyrektor sportowy w klubie, który pionem sportowym kieruje od dawna z tylnego siedzenia. Już najwyższy czas wyjść z cienia i uczciwie wziąć ten ciężar na własne barki, a nie zatrudniać kolejnego figuranta!

Piszę te słowa w swoim imieniu, ale po części także w imieniu tych wszystkich trenerów (nie prosili mnie o to, ale mam nadzieję, że się nie obrażą), którzy w Widzewie pracowali. Pracowali uczciwie, ale nie doceniono ich ciężkiej pracy, dokonań, a nawet dobrych wyników. Dla Grzegorza Bakalarczyka za słabi byli Michał Probierz, Waldemar Fornalik, Paweł Janas, Andrzej Kretek, Czesław Michniewicz i Radosław Mroczkowski.

Odwagę, by wyjść z cienia i już oficjalnie objąć stery w klubie, pokazał niedawno Sylwester Cacek, który mianował się prezesem. „Panowie pisali, że kartki dawałem trenerom, ale nigdy niczego takiego nie było. A ci, co tak mówili, kłamali. Teraz będziecie więc mogli wszystko zwalać na mnie. A jeśli będzie sukces, to zaznaczę, że jest to mój sukces” – mówił dziennikarzom. I to jest podejście uczciwe.

Teraz czas na Pana, Panie Grzegorzu, tym bardziej że prezes Cacek tak ceni Pana trenerski kunszt. Niedawno wrócił do czasów, gdy razem działaliście w Piasecznie, a Pan z kierował zespołem. „Przegrywaliśmy 0:3 z Bugiem Wyszków. Pytam, co się dzieje, a trener mówi, że nic złego, bo to początek przygotowań i jak chcę, to zaraz zdobędziemy trzy gole. Założyliśmy się nawet o flaszkę. Zrobił zmiany i zaraz był remis”.

A innym razem, w wywiadzie dla portalu widzewtomy.net, dorzucił kolejny komplement: „Jest moim doradcą. Nie będę tego ukrywał, bo ma dużą wiedzę. Wiem, że gdyby nadal chciał być trenerem, to dziś prowadziłby jedną z drużyn ekstraklasy”.

Panie Grzegorzu, niech Pan to zrobi dla przyjaciela w potrzebie, dla kibiców, dla Widzewa. Niech się Panu zachce! Niech Pan wprowadzi drużynę do ekstraklasy. Po co zatrudniać tych wszystkich trenerskich nieudaczników, tłumaczyć im, kto ma grać, jakie robić zmiany. Oni tego nie rozumieją. Jeszcze się Pan o tym nie przekonał?

Niech Pan im wszystkim pokaże, jak to się robi. Genialny piłkarski plan może wprowadzić w życie tylko trenerski geniusz. Albo czarodziej. Niech, tak jak przed laty, znów sprawi Pan, by zespół zaczął strzelać trzy gole. Dla Pana to przecież banalnie proste!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Tagi